Jeden z jego dramatów opowiada o buncie tkaczy dolnośląskich z 1844 roku. Stworzony pod koniec XIX wieku utwór skłonił mnie do napisania paru zdań o tkactwie, które w przeszłości odgrywało niebagatelną rolę w życiu Wałbrzycha i wielu innych miejscowości Dolnego Śląska.
Tkactwo to jedno z najstarszych zajęć ludzkości. Nie będę się jednak cofać do zamierzchłej starożytności. Dość powiedzieć, że ten fach musiał być wykonywany w Wałbrzychu od początków istnienia miejscowości. Konkretniejsze wieści na ten temat pochodzą z czternastowiecznego statutu cechu tkaczy świdnickich. Wiadomo, że od uzyskania przez Wałbrzych praw miejskich dotyczył on również tkaczy wałbrzyskich. Zawarto w nim zasady przyjmowania w szeregi cechu, informacje o stosowanych wówczas barwnikach oraz inne przepisy. Aby dostać się do cechu należało pochodzić „z prawego łoża”, zaliczyć trzyletnią naukę zawodu i dwuletnią praktykę zawodową poza miejscem zamieszkania. Z tego ostatniego obowiązku zwalniano tylko synów majstrów cechowych. Członkom cechu nie wolno było pracować w dni świąteczne, odsprzedawać towaru na dalszy handel, tkać „rzadkiego” sukna oraz nabywać uprawnień cechowych za łapówki. Ukaranego za łamanie statutu rzemieślnika często karano wygnaniem. Bractwo tkackie było najstarszą organizacją rzemieślniczą w Wałbrzychu. W 1603 roku, ówczesny właściciel miasta, Dipprand Czettritz potwierdził statut tego cechu.
Do XVI wieku tkactwo wełniane przeważało nad lnianym, później proporcje się odwróciły, zaś w XIX wieku furorę zaczęła robić bawełna, tyle, że już nie w Wałbrzychu. Korzystając ze sprzyjających warunków, wokół miasta hodowano sporo owiec, które dostarczały wełny dwa razy do roku. Odbywały się wtedy jarmarki wełniane. W początkach XVII wieku w Wałbrzychu było 30 warsztatów tkackich dających utrzymanie około 25 procentom mieszkańców na ogólną liczbę 600. Rosła jednak w siłę, wspierana przez właścicieli wsi, konkurencja wiejskich chałupników, którzy produkowali gorzej, ale taniej. Poza tym byli dla feudałów dodatkowym źródłem dochodów. W 1615 roku doszło nawet do najazdu rzemieślników cechowych na chałupników. Mający ochronę właścicieli wsi wiejscy tkacze wyszli z opresji obronną ręką. W tym samym czasie wałbrzyscy tkacze walczyli o prawo do cotygodniowych targów płócienniczych, czemu długo przeciwstawiała się Kamienna Góra, mająca takie prawo dużo wcześniej. Ustanowione wówczas sobotnie targi przetrwały, w okrojonej formie, w Wałbrzychu do II wojny światowej. Rozwijająca się produkcja zaspokajała nie tylko lokalne potrzeby. Wałbrzyskie płótno znajdowało nabywców w Polsce, Czechach, Austrii, w Rosji, Turcji i na Bałkanach.
W połowie XVIII wieku, po zajęciu Śląska przez Prusy, zamknęły się rynki związane z Austrią, ale pojawiły nowe. Najpierw były to zachodnie części Niemiec, a zaraz potem, poprzez port w Hamburgu, Francja, Niderlandy, Anglia i Hiszpania. W końcu wałbrzyskie wyroby tkackie trafiły również do kolonii w Afryce oraz do Ameryki. Popyt zaczął przerastać możliwości, nie tyle produkcyjne, co surowcowe. Kupcy zlecający produkcję zatrudniali jednocześnie armię zaopatrzeniowców, którzy wędrowali po całym Dolnym i Górnym Śląsku w poszukiwaniu jak najlepszego i jak najtańszego lnu. Sprowadzono też z Hiszpanii merynosy, rasę owiec słynącą z wyjątkowo bujnej wełny.
Pod koniec XVIII wieku liczba mieszkańców miasta przekroczyła 1000, a kupców zajmujących się handlem tekstyliami na wielką skalę, było 38. Dowodem na opłacalność tego handlu niech będą kamienice, które wystawiono w Rynku. Najbardziej reprezentatywnymi są kamienice „Pod kotwicą”, „Pod trzema różami”, Pałac Albertich czy kamienica nr 3. Nad jakością bielenia płótna czuwał, powołany w 1775 roku, sąd blecharski. Od 1789 roku działał też sąd stemplowy. Jego zadaniem było kontrolowanie ogólnej jakości produktu i eliminowanie oszustów. Jeśli wszystko było zgodne z normą, partia towaru była stemplowana. Poza jakością ważna była też różnorodność produkcji. Poza płótnem na ubrania, wyrabiano też obrusy, powrozy, postronki, liny i sznurki.
W 1784 roku zjawił się w Wałbrzychu, szukający pomysłów na odbudowę upadającej polskiej gospodarki, bratanek króla, Stanisław Poniatowski. Wszystko dokładnie obejrzał, pobrał próbki płótna, zebrał informacje, zabawił kilka dni u burmistrza i kupca tekstylnego Topfera. Niestety, na ratowanie gospodarki jak i samej Polski było już wtedy za późno.
Rewolucja we Francji, a potem wojny napoleońskie, popsuły dobrze prosperujący interes. Mimo zastosowania w 1818 roku pierwszych w Niemczech mechanicznych wrzecion i maszyny parowej, wałbrzyscy kupcy zostali wyparci z zachodnich rynków. Ich miejsce zajął rodzący się angielski i flamandzki przemysł. Poza maszynami również zastosowanie chloru, zamiast tradycyjnego ługu i światła słonecznego do wybielania płótna, uniemożliwiło konkurencję. Wybielenie płótna tradycyjną metodą trwało kilka miesięcy. Tkactwo dolnośląskie poważnie podupadło. Spadały dochody kupców, a tkaczom zaczęła zaglądać w oczy śmierć. Buntowali się przeciwko głodowym stawkom za ich pracę. Pierwszy raz w 1793, a potem w 1798 roku. Jednak największy bunt wystąpił w roku 1844. Powodem był głód i brak jakichkolwiek perspektyw. Zamieszki wywołali tkacze wiejscy, którzy skierowali swoją agresją przeciw maszynom, w nich upatrując przyczyn swoich nieszczęść. Bunt stłumiono za pomocą wojska. Zginęło kilkanaście osób, były też znaczne straty materialne.
Z czasem z tkactwa ludzie przenieśli się do górnictwa. Chałupnicza tradycja tliła się jeszcze tu i ówdzie, raczej na własne potrzeby czy okazjonalny handel. Warto jednak pamiętać, że Wałbrzych to nie tylko czarny węgiel, ale również białe płótno.
Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.