Największym problemem okazał się brak informacji. Dlaczego droga została zatrzymana, wiedzieli przede wszystkim kierowcy kilku samochodów stojących bezpośrednio przed przejściem. Pozostali utknęli w kolejkach sięgających około kilometra w obu kierunkach i często nie mieli pojęcia, co jest przyczyną utrudnień.
Pięć minut blokady co pół godziny
Protest trwał od godziny 10.00 do 16.00. Co pół godziny jego uczestnicy przez około pięć minut przechodzili przez przejście dla pieszych przy placu Pollaka, zatrzymując ruch na jednej z najważniejszych tras prowadzących w stronę Jeleniej Góry i Karkonoszy.
Taki harmonogram został wcześniej zgłoszony. Policja informowała, że blokady mają odbywać się o pełnych godzinach i 30 minut po każdej godzinie. Według zgłoszenia w proteście miało uczestniczyć około 50 osób. W pozostałym czasie ruch miał odbywać się bez przeszkód.
W praktyce nawet kilkuminutowe zatrzymanie samochodów na ruchliwej trasie powodowało powstawanie długich kolejek. Organizatorzy rozmawiali z kierowcami stojącymi najbliżej przejścia i wyjaśniali im powody akcji. Informacja nie docierała jednak do ludzi znajdujących się kilkaset metrów dalej.
„Dowiedzieliśmy się osiem godzin później”
Problem opisał w komentarzu pod materiałem Jelonki Michał Szlachetka, który wraz z rodziną utknął w korku.
– Głupi ten protest. Staliśmy w tym korku, a protest był kilometr dalej. Tylko trzy pierwsze auta wiedziały, czemu stoimy, a pozostałe sto nie. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero teraz, osiem godzin po fakcie. Z naszej perspektywy wyglądało to tak, że staliśmy w korku w upale z dziećmi. Jeśli aktywiści chcieli zwrócić na siebie uwagę, to nie zwrócili, a jeśli chcieli zyskać poparcie dla swojej sprawy, to zyskali coś wręcz odwrotnego – wkurzenie – napisał.
Podobne opinie można było usłyszeć na miejscu.
– To jest głupie, żeby blokować drogę normalnym ludziom, którzy chcą wrócić do domu – powiedział jeden z kierowców.
Inny rozmówca podkreślał, że osoby stojące w korku nie mają żadnego wpływu na sytuację na Bobrze.
– Oni powinni protestować pod jakimś urzędem albo pojechać do Warszawy i zablokować ulicę tym, którzy podejmują decyzje. My mamy jeszcze pięć godzin drogi do domu – mówił wyraźnie zdenerwowany kierowca.
Nie wszyscy byli przeciwni
Część kierowców, którzy dowiedzieli się, czego dotyczy akcja, popierała protestujących.
– Bardzo popieram. Skoro doszło do takiego zatrucia, to dobrze robią, że protestują – mówiła jedna z kobiet oczekujących na przejazd.
Ze zrozumieniem o proteście wypowiadał się również Mieczysław Dąbrowski, mieszkaniec Kaczorowa.
– Dobrze, że wreszcie ktoś się ruszył w sprawie tych ryb. Czy taka forma pomoże? Może za wiele nie pomoże, ale przynajmniej zwróci uwagę – ocenił.
„Nie wyobrażałam sobie, żeby mnie tutaj nie było”
W proteście uczestniczyła między innymi Monika Furnal. Dwa lata temu kupiła działkę w Rakowicach Małych i obecnie tam mieszka. Jak podkreślała, sytuacja na Bobrze dotyczy jej bezpośrednio.
– Nie wyobrażałam sobie, żeby mnie tutaj nie było. Liczyliśmy, że przyjdzie więcej osób, ale mimo wszystko nie narzekamy. Tych ludzi powinno być jednak więcej – mówiła.
Monika Furnal rozdawała kierowcom ulotki dotyczące sytuacji na rzece i skutków spuszczenia wody ze Zbiornika Pilchowickiego. Chciała w ten sposób budować świadomość ludzi, choć – jak przyznała – spotykała się również z nieprzychylnymi reakcjami.
– To był piękny i czysty teren. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mój pies nie może bezpiecznie napić się wody z jeziora. Jestem zwykłą osobą, kocham przyrodę i zwierzęta. Kiedy widzę, co się dzieje, chce mi się płakać. Mam nadzieję, że nasza akcja przyniesie efekt i więcej osób usłyszy o tym problemie – podkreśliła.
Organizator: chcemy nagłośnić degradację rzeki
Organizatorem protestu był Krzysztof Wilczewski, wędkarz i mieszkaniec Lwówka Śląskiego. Jak tłumaczył, akcja miała zwrócić uwagę całego kraju na skutki spuszczenia wody ze Zbiornika Pilchowickiego oraz na osady denne przedostające się do Bobru.
– Od 29 czerwca, kiedy rozpoczęła się ta katastrofa ekologiczna, naszym zdaniem rząd i służby nie zrobiły wystarczająco dużo, żeby zatrzymać albo przynajmniej ograniczyć wypływanie osadów. Chcemy pokazać ludziom, jak degradowane jest środowisko – mówił Krzysztof Wilczewski.
Organizator podkreślał, że protestujący nie sprzeciwiają się samemu remontowi zapory.
– Remont jest konieczny ze względu na bezpieczeństwo ludzi i tego nikt nie podważa. Uważamy jednak, że podczas jego prowadzenia nie zabezpieczono odpowiednio rzeki i całego ekosystemu – zaznaczył.
Wędkarze obawiają się dalszych skutków
Zdzisław Kowalczyk, wędkarz z 40-letnim stażem, mówił o zniszczeniu życia w górnym odcinku Bobru oraz obawach związanych z dalszym przemieszczaniem się osadów.
– Nie wiemy, ile ryb zostało na dnie, na krzakach i w miejscach, do których nikt nie dotarł. Boję się o to, co dopłynie do żwirowni w Rakowicach i co później popłynie dalej – podkreślał.
Szymon Szeremeta, który jest wędkarzem od 13 lat, również obawia się wpływu osadów na zbiornik w Rakowicach i dalszy bieg rzeki. Obaj wędkarze krytycznie oceniali działania instytucji odpowiedzialnych za ochronę środowiska i wskazywali, że oczekują bardziej zdecydowanej reakcji Polskiego Związku Wędkarskiego.
W proteście uczestniczyli także przedstawiciele partii Razem. Zapowiedzieli dalsze interwencje oraz działania posłanki Marty Stożek, która kieruje pytania dotyczące sytuacji na Bobrze do ministerstw i odpowiedzialnych instytucji.
Służby: nie ma kolejnych śniętych ryb
W dniu protestu Dolnośląski Urząd Wojewódzki poinformował, że monitoring Bobru na odcinku od Zapory Pilchowickiej do Małej Elektrowni Wodnej Rakowice nie wykazał kolejnych śniętych ryb. Według służb koryto rzeki pozostawało drożne, a sondy nadal kontrolowały temperaturę i poziom natlenienia wody.
Jednocześnie utrzymano zakaz korzystania z Bobru na odcinku od korony zapory do zbiornika Rakowice. Nie wolno tam między innymi wchodzić do wody, łowić ryb, poić zwierząt, używać wody do celów gospodarczych ani korzystać z jednostek pływających.
Służby zapewniają, że woda wodociągowa dostarczana mieszkańcom Wlenia, Lwówka Śląskiego, Bolesławca i gminy Jeżów Sudecki jest bezpieczna, ponieważ pochodzi z ujęć głębinowych.
Śledztwo dotyczące masowego śnięcia ryb prowadzi Prokuratura Rejonowa w Lwówku Śląskim. Protestujący domagają się ustalenia odpowiedzialnych, podjęcia skutecznych działań naprawczych oraz rekompensat dla przedsiębiorców, którzy ponieśli straty w związku z sytuacją na Bobrze.
Niedzielna akcja niewątpliwie zwróciła uwagę na problem rzeki. Pokazała jednak także słabość wybranej formy protestu: jego przesłanie docierało głównie do kilku kierowców stojących najbliżej przejścia, a pozostali widzieli jedynie długi korek. W rezultacie protest w obronie Bobru u części podróżnych zamiast poparcia wywołał przede wszystkim złość.
Skomentuj
Komentarze są dostępne dla zalogowanych użytkowników.
Nie ma jeszcze komentarzy.