Już nawet nie mówiąc o przeogromnych zniszczeniach auta (z którego m.in. wypadł silnik) liczniki w kokpicie zatrzymały się na trzech wskazaniach: prędkości 185 km/h, obrotach silnika prawie 3500 obr/min i chwilowym spalaniu 13 litrów. To, oprócz wspomnianych, wyjątkowo dużych zniszczeń auta, jedna z najważniejszych poszlak przy późniejszym ustalaniu prędkości samochodu.
- To prawda, że na zdjęciach z miejsca wypadku wskazówki zegarów zatrzymały się w tych okolicach. Policja nie podała jednak, z jaką prędkością jechał samochód, a okoliczności wyjaśnia prokuratura - słyszymy.
Co prawda wszystkie trzy wskazówki mogły się przesunąć w różne miejsca w chwili uderzenia w drzewo, a zatrzymanie prędkościomierza na 185 km/h nie jest dowodem na to, że auto jechało z taką prędkością, jednak jest to mało prawdopodobne.

fot. red.
Przy tak potężnym uderzeniu zegary zostały wyrwane z deski rozdzielczej, a wskazówki mogły się przesunąć od samej siły uderzenia, od zakleszczenia o element obudowy albo od przenoszenia samego kokpitu w czasie np. wydobywania z wraku kierowcy i pasażera.
Spójność trzech wskazań na kokpicie wzmacnia jednak hipotezę, że zegary "zamarły" w chwili wypadku, ale to nadal redakcyjna interpretacja zdjęć. Bez opinii biegłego albo odczytu sterownika z wraku (uproszczony rodzaj "czarnej skrzynki" w samolotach) nie można jednoznacznie ustalić prędkości pojazdu w momencie uderzenia w drzewo, ale można się pokusić o poszlaki.
- Oczywiście te wskazania nie przesądzają o takiej prędkości, jednak bardzo ją uprawdopodabniają - słyszymy od jednego z zawodowych kierowców.
Gdyby wskazówki zostały przesunięte losowo czy przypadkowo, to łatwiej byłoby wówczas o kombinacje absurdalne, jak np. 150 km/h przy zerowych obrotach albo wskazówka prędkości przyciśnięta do ogranicznika. Tu prędkość, obroty i chwilowe spalanie pasują do siebie. To argument za zamrożeniem, ale pasowanie tych liczb nie jest jeszcze dowodem.
W samochodowych zegarach wskazówkami zwykle kierują silniczki krokowe, które po utracie zasilania zostają w ostatniej pozycji. Przy takiej konstrukcji wskazówki często “zamarzają” na wartościach z chwili odcięcia prądu. Oczywiście to nie jest reguła, a zachowanie zależy od modelu zegarów i okoliczności wypadku.
Nie można więc przyjąć, że takie było spalanie auta w chwili uderzenia i potwierdza ono olbrzymią prędkość. Można jednak tak wstępnie założyć.

fot. Policja Lwówek Śląski
Liczby potwierdzają, że to prędkość zabija
Jak wynika z policyjnego raportu w ubiegłym roku w kraju wydarzyło się 21 tys. wypadków drogowych, w których zginęło 1600 osób. Na Dolnym Śląsku zginęło 121 osób. Do statystyk dołączyły więc dwie kolejne ofiary.
Z tych samych statystyk wynika, że za prawie połowę wypadków śmiertelnych odpowiada zbyt duża prędkość. Stąd do tragedii już tylko krok.
To fizyka, z którą nie wygra żaden kierowca. Nawet najlepszy. I najlepsze na świecie auto. Żadne poduszki powietrzne mogą nie pomóc, nawet jeśli w aucie jest ich 15 czy 20.
Energia uderzenia nie rośnie bowiem proporcjonalnie do prędkości (tak myśli zdecydowana większość), tylko razem z jej kwadratem. Jak to się dzieje? Spieszymy z wyjaśnieniami.
Powszechnie wydaje się, że skoro jedziemy szybciej o połowę, to i uderzenie będzie mocniejsze o połowę. Tak jednak nie jest. Siła uderzenia, czyli energia, którą auto musi “oddać” przy zderzeniu, rośnie z prędkością ale do kwadratu.
Przykład kolejny: przy 60 km/h energia uderzenia to umowne 1. Przy 90 km/h, czyli prędkości większej tylko o połowę, energia uderzenia to już ponad 2, a nie pół. Dokładnie 2,25 raza więcej. Przy 120 km/h, czyli dwukrotnie większej prędkości niż 60, mamy już 4 razy więcej. Przy 180 km/h, czyli trzykrotnie większej, aż 9 razy więcej.
Czyli w tym ostatnim przypadku jedziemy trzy razy szybciej (60 v. 180) ale uderzamy w coś aż 9 razy mocniej!
Na wyobraźnię zadziała to przy mniejszych prędkościach, np. 20, 40 i 60 km/h. W każdym z tych przypadków niby niewiele, ale skutki za każdym razem będą różne.
- Dlatego nawet niewielkie przekroczenie prędkości zmienia skutki wypadku nie trochę, ale radykalnie. Kilka kilometrów na godzinę więcej to dla ludzi w aucie często różnica między potłuczeniem, kalectwem a nawet śmiercią - mówi podinsp. Edyta Bagrowska, rzecznik jeleniogórskiej policji.
Do tego dochodzi wyjątkowo krótka droga hamowania i mniej czasu na reakcję, gdy np. zza zakrętu wyjedzie samochód albo na jezdnię wbiegnie zwierzę, nie mówiąc o innych nagłych zdarzeniach.
Polskie drogi dokładają swoje. Wąskie, kręte, z drzewami tuż przy poboczu, często mokre albo oblodzone. Tu margines błędu jest dużo mniejszy niż na prostej autostradzie. Tablica z ograniczeniem to maksimum w idealnych warunkach, a nie zalecenie, żeby je wykorzystać.
Z innych badań wynika, że młodzi kierowcy łatwiej przeceniają swoje umiejętności i auta. Niedoświadczenie ma więc swoją cenę, a płaci ją nie tylko kierowca, ale też pasażerowie.
- Tak więc wydaje się, że jedynym wyjściem, aby uniknąć takiej sytuacji, to jechać wolniej. Dużo wolniej - słyszymy.
Zwolnienie kosztuje tylko kilka minut spóźnienia gdzieśtam. Brak tego zwolnienia i gnanie na "złamanie karku" może kosztować nawet życie.
Nie ma jeszcze komentarzy.